List Jana Amandusa z 1524 r. - Strona prywatna Marzeny i Czarka

Idź do spisu treści

Menu główne:

List Jana Amandusa z 1524 r.

Turystyka > SŁUPSK > Schowek

List Jana Amandusa o jego pobycie w Słupsku z 1524 r.


Gdy tam (do Słupska) przybyłem, dowiedziałem się, że cała gmina (wyznaniowa) jednomyślnie się sprzysięgła i odebrała Radzie wszystkie dobra kościelne i szpitalne oraz dobra należące do miasta, których liczba jest bardzo wielka, i ustanowiła Radę Dwudziestu Czterech. Jest ona zwierzchnikiem gminy we wszystkich sprawach i ma się troszczyć o jej dobra, budynki i inne posiadłości. Z tych Dwudziestu Czterech wybrali oni dwóch podskarbich, którzy mają ściągać dochody z zastrzeżonych dzierżaw, pięciu mistrzów budowlanych, którzy naprawiają znowu port, miejskie mury i baszty, a oprócz tego zwierzchników kościołów i szpitali; a (starej) Radzie pozostawili jedynie sądownictwo, tak, jak to się stało we wszystkich miastach pomorskich. Jak jednak się tym słupszczanom powiedzie, to jedynie Pan Bóg może wiedzieć, bo ja obawiam się, że ich wielka kara Boża spotka, ponieważ wszystkie miasta tego kraju przyjęły Ewangelię (luteranizm), tylko ten lud nie chce jej przyjąć.

Ponieważ przybyłem tu pierwszy i bracia dowiedzieli się o moim przyjeździe, odwiedzili mnie i prosili, żebym im na drugi dzień głosił Słowo Boże. Więc wykładałem im je w pierwszą niedzielę adwentu przed południem i po południu znowu. Wówczas doszło do tak gwałtownego poróżnienia i niezgody w gminie, tak, że można w tym widzieć jawne dzieło diabła. Rada zażądała od Dwudziestu Czterech, aby zatroszczyli się o to, żebym u nich pozostał; tego też życzyli sobie najprzedniejsi gminy. Gdy się o tym dowiedział pan Sas (?) i jego żona, powstał taki morderczy wrzask nade mną i wszystkimi luteranami, że nie można było go uciszyć. Mnie chciano po prostu zabić. Lecz temu sprzeciwili się moi współwyznawcy gotowi za mnie położyć życie. Prosili mnie też, żebym im w domu Pismo Święte wykładał, gdyż mają bardzo głodne dusze, i pozostawili mi do rozporządzenia jeden duży dom. Lecz gdy im w nim głosiłem kazanie, tumult stawał się coraz większy i rzesze wiernych powiększały się tak, że dom nie mógł pomieścić ludu. A gdy wygłaszałem czwarte kazanie w tym domu i lud nie mógł się w nim pomieścić, przenieśli mnie z powrotem do kościoła, gdzie prawiłem kazanie na chórze. Wtedy jednak znów powstało wielkie zbiegowisko, ponieważ tamci zbiegli się w gromadę przed drzwiami kościoła i powyciągali broń z pochew. Cała Rada przybiegła, by pomóc chrześcijanom (luteranom). Że się wszyscy wzajemnie nie pomordowali był to bardzo wielki cud boski, ponieważ natarli na siebie jak wściekłe lwy. Na drugi dzień po godzinie dwunastej przyszedł jeden z burmistrzów z czterema radnymi oraz wszystkimi współwyznawcami i znowu słuchali Słowa Bożego głoszonego przeze mnie. Wtedy niewierni (katolicy) wszczęli rozruchy i uradzili, jakby mnie i wszystkich, którzy byli w kościele napaść i zabić. Jednak Bóg sprawił, że niektórzy bracia dowiedzieli się o tym i przygotowali się; obstawili drzwi kościoła i zapewnili sobie dostęp do dzwonów, by dzwonić na trwogę. Gdy tamci dowiedzieli się, że ich spisek się wydał, zaniechali go. Wieczorem znowu zebrali się w gromadę i chcieli mnie zabić, jeżeli nie opuszczę miasta. (...)

W wypadku, gdybym nie mógł tutaj przetrwać przez zimę, wtedy chcę się udać do Sławna, dokąd chcą bracia mnie polecić. (...) Lecz również diabeł nie próżnuje i sprawia przez swoich tyle przykrości i sprzeciwów, że trudno mi o tym wszystkim pisać. Ubiegłej nocy, w dniu Święta Młodzieniaszków (28 grudnia) chcieli mnie w moim łóżku podczas snu zamordować. Lecz Pan pomógł mi w sposób jawny. Rzucali do pokoju, gdzie spałem przez okno szklane wielkie kamienie. Jedna wielka cegła upadła między moją głowę, a głowę żony tak blisko, że nie było więcej niż jak na jeden palec odległości. Lecz ja uciekłem wraz z żoną nago, aż przybyli ludzie. Z Bożą pomocą chcę przez tę zimę walczyć z diabłem, niech Bóg użyczy do tego swojej łaski.

Pozdrawiam was wszystkich razem, droga wam wszystkim siostra, moja żona Elżbieta. Duch Jezusa Chrystusa niech Was wszystkich utrzymuje na swej drodze.

Słupsk, czwartek po Bożym Narodzeniu 1524. Wasz brat Johann Amandi.

 
 
 
Szukaj
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego