Historia słupskiej czarownicy Triny Papisten - 1701 r. - Strona prywatna Marzeny i Czarka

Idź do spisu treści

Menu główne:

Historia słupskiej czarownicy Triny Papisten - 1701 r.

Turystyka > SŁUPSK

Pewnego razu, przy studni na Starym Rynku, spotkało się kilka kobiet. Kobiety tak mocno plotkowały, że nawet nie zauważyły, kiedy wiadra zostały napełnione wodą. Stały tak i rozmawiały, zamiast iść z wodą do domostw. "Słyszałyście już o tym, drogie panie, że na Höhlenstraße (ul. Piekiełko) zdechły prawie wszystkie prosięta? Jedynie u Triny Papisten wszystko jest w porządku!" "Tak, tak! Obok szewca od wczoraj leży na boku krowa z wyciągniętymi kopytami. Ona pewnie też już zdechła!" I wtedy kobiety zbliżyły do siebie głowy i zaczęły szeptać. "Mówię wam to nie jest czysta sprawa. W tym wszystkim na pewno, swe kosmate łapy trzyma sam diabeł. Nie dziwi was, że przy Trinie żadnemu zwierzęciu się nic nie stało? Natomiast jej sąsiadom padają wszystkie!"

Trina Papisten była silną i postawną kobietą, o ognisto-rudych włosach i delikatnej białej twarzy. Podchodziła do studni, witała się z kobietami, szybko nabierała wody i natychmiast szła prosto do domu. Kobiety przy studni patrzyły na nią złym wzrokiem. Nie mogły ścierpieć, że Trina żyła sobie samotnie i cicho nie żywiąc się plotkami, tak jak one. "Papisten jest szczwaną lisicą. Uważajmy, bo zaznamy od niej jeszcze nie jednej krzywdy!" Mówiła jedna z plotkarek, po czym wszystkie zabrały wiadra i rozeszły się do domów.

Pewnego majowego dnia nad Słupskiem przeszła gwałtowna burza z silnym opadem gradu. Tak silnych opadów i tak wielkiego gradu nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy. Dzieciaki chętnie się bawiły gradem na ulicach, ale starsi ze zdumienia kręcili głowami. Wkrótce potem miasto nawiedziła plaga gąsienic, które prawie doszczętnie ogołociły miejskie drzewa i krzewy. Ludziom wydawało się to bardzo nieprawdopodobne, i niektórzy upatrywali w tych wydarzeniach sił diabelskich. "To wszystko sprowadził na nas sam diabeł wraz ze swoimi wiedźmami" - twierdziło wielu mieszkańców grodu nad Słupią. Miejskie plotkary szybko rozpowszechniły po mieście informację jakoby Trina swymi czerwonymi włosami potrafiła czarować. Dokładnie nie wiadomo skąd wzięła się właśnie taka plotka. Jednakże plotka szybko się rozprzestrzeniała i wkrótce ludzi przestali kłaniać się rzekomej czarownicy, bojąc się jakiegokolwiek kontaktu z nią. Pewnego dnia przyszedł kat i zaprowadził Trinę do Baszty Czarownic (Hexenturm). Nawet aptekarz Zinecker wskazał na Trinę, w obecności rady miejskiej, jako na bezbożną wiedźmę.

W trzy tygodnie później postawiono Trinę przed sędziami w salach słupskiego ratusza - wtedy jeszcze mieszczącym się na Starym Rynku. Kat chwycił ją za włosy i zaciągnął przed sędziów. Ci długo modlili się, i gdy tylko Trina powiedziała "Ojcze Nasz" burmistrz zaczął ją przesłuchiwać, a ona odpowiadała na pytania.

- Czy potrafisz czarować?
- Nie, ja nie mam pojęcia o czarowaniu.
- Czy byłaś kiedyś na Blocksberg?
(Wzgórze Wisielców - okolice strzelnicy sportowej)
- Nie, ja nie znam żadnego Blocksberg. Sama chodziłam jedynie po chrust na Wzgórza Nipnowskie
(okolice wsi Niewiarowo).
- Czy pokazał się tam tobie diabeł?
- Nie, chyba Bóg by mnie przed tym uchronił.
- Tak, więc nie masz do czynienia z diabłem i nie umiesz czarować?
- Tak, nie umiem.
- Więc jak wytłumaczysz, że w maju zdechły wszystkie świnie na twojej ulicy?
- Tego nie mogę wiedzieć. Mogła być tego przyczyną jakaś zaraza.
- Więc nie masz pojęcia skąd to wielkie gradobicie i skąd wzięły się te gąsienice?
- Nie, nie mam najmniejszego pojęcia.
- Więc nadal utrzymujesz, że nie jesteś wiedźmą?
- Nie jestem, tak mi dopomóż Bóg.

Teraz przed sądem zeznawał jeden z możnych i opowiadał o Trinie następującą historię: "Pewnego dnia przyszła do mnie Trina Papisten, aby pożyczyć trochę płótna. Nie dałem jej tego, o co prosiła. Godzinę potem przyszedł mój parobek z końmi po bronowaniu. Gdy konie stały przed stodołą, nagle stanęły dęba. Obaliły parobka i stratowały na śmierć. Jestem szczerze przekonany, że to właśnie ona zaczarowała moje konie, bo nie dałem jej tego płótna. Innego razu przyszła do mojej żony żeby rozmienić srebrny, polski talar. Moja żona tego nie uczyniła i wkrótce potem jak szła na gospodarstwo żeby zobaczyć, co ze słodem, stanęła jak wryta i nie mogła się ruszyć. Stała tam jak kołek w płocie i nie mogła nic zrobić. To z całą pewnością tez jest sprawka tej Triny i jej czarów."

Inna mieszczka opowiedziała taką historyjkę: "Pewnego zimowego wieczoru, jak siedziałam w domu, przez okno zobaczyłam, że nad domem Triny z komina unosi się długi, czerwony ogon. To pewnie był diabelski ogon, bo wtedy właśnie odwiedził Trinę diabeł."

Jedna z sąsiadek Triny złożyła następujące zeznanie: "Tydzień temu stałam przed drzwiami mojego domu. Koło mnie przeszła Trina. Zaczęłam szczypać się w duże palce, żeby jej czary nic mi nie zrobiły. Patrzyła na mnie jakoś tak bardzo dziwnie, z takim tajemniczym uśmiechem. Poszłam wtedy na podwórze, żeby przynieść kurom owsa, ale jak tylko otworzyłam komórkę wyskoczyły z niej dwa ogromne szczury. Wystraszyły mnie okropnie. Ona na pewno wie skąd te szczury się tam wzięły."

Kolejni sąsiedzi opowiadali masę, niestworzonych bzdur na temat Triny. Po tym sędzia ponownie zapytał Trinę:

- Wyznajesz ty teraz, że jesteś wiedźmą?
- Nie, na Boga, ja jestem niewinna!


Sędziowie na to stwierdzili, że Trina jako zatwardziała grzesznica, która dobrowolnie nie chce się przyznać do swoich konszachtów z diabłem, musi zostać poddana torturom. Tylko tortury kata będą w stanie zmiękczyć ją i doprowadzić do przyznania się do czarów. Biedna kobieta została zaprowadzona do więzienia. Jej mąż i dzieci przychodzili ją odwiedzać. Mąż pytał:

- Powiedz kochana Trino, czy to prawda, co źli ludzie o tobie opowiadają?
- Nie, mój kochany, jestem niewinna jak niemowlę. Nie obawiam się niczego, bo przecież sam Bóg będzie nade mną czuwał. Nie pozwoli na to żeby oni mnie zbytnio męczyli i torturowali, bo przecież ja niczego złego nie zrobiłam.

Niestety Trina była wciąż torturowana. Pewnego dnia do jej celi przyszedł kat w swoim czerwonym stroju wraz ze swoimi pomocnikami. Założyli Trinie czarną koszulę męczennicy i wszyscy razem udali się z ciemnej piwnicy na górę Baszty Czarownic, gdzie była katownia. Tam czekali już na nich sędziowie. W katowni zapanowała atmosfera grozy. Kat patrzył na Trinę wściekłym wzrokiem i powiedział: "Powinnaś być tu rozciągana tak długo, aż będzie przez ciebie słońce prześwitywało." Przez dłuższą chwilę Trina wytrzymywała tortury, ale kiedy kat zaczął kapać jej na ciało rozgrzany ołów nie wytrzymała bólu i zaczęła krzyczeć, żeby ją puścili, a ona przyzna się do wszystkiego, czego od niej zażądają. Zeszli, więc wszyscy do pokoju sędziowskiego. Sędzia zadawał kolejne pytania, a pisarz zapisywał wszystko gęsim piórem. Trina zeznała:

- Tak, jestem wiedźmą. Bardzo dobrze znam diabła. Ochrzcił mnie on sam w strumieniu w Kobylnicy. Tam właśnie przysięgałam mu wierność i to, że nie będę więcej bożą służką. Umiem również dobrze czarować. Tego nauczyła mnie stara Lüllewitz, kiedy mieszkałam w Postominie. Ona niestety już nie żyje. To właśnie ja rzuciłam urok na wszystkie krowy na mojej ulicy i one już teraz nie powinny dawać mleka.

Sędzia zapytał się Triny czy uczestniczyła w sabacie czarownic na Blocksberg. Trina przez chwilę musiała się zastanowić, by wymyślić wszystko to, co sędziowie chcieliby usłyszeć. Po namyśle Trina odpowiedziała: "Tak, my wiedźmy miałyśmy przed dwoma miesiącami sabat na Blocksberg. Zabrałam ze sobą widły posmarowane gęsim smalcem, pół bochenka chleba oraz związanego barana i poleciałam na Blocksberg na miotle. Było tam wiele wiedźm oraz diabłów. Wszyscy oni zachowywali się bardzo spokojnie, a najważniejszy z diabłów był łudząco podobny do pana sędziego. Potem wszyscy zaczęliśmy biesiadę, po czym chwyciliśmy długą linę z ludzkich włosów i zatańczyliśmy rondo. Dzięki temu wyszło nam, że ten rok nie będzie zbyt pomyślny dla wiedźm. Teraz już wyznałam wszystkie swoje winy. Teraz proszę was już tylko o to żeby kat szybko mnie ściął i żeby to skróciło moje męki." I mądrzy sędziowie uwierzyli kobiecie, długo zastanawiali się nad wyrokiem. W końcu orzekli, że jako bezbożna wiedźma powinna zostać żywcem spalona na stosie.

Dwa dni później wokoło Baszty Czarownic zebrało się wielu zaciekawionych mieszkańców miasta - mężczyzn, kobiet  i dzieci. Niektórzy z nich witali się tymi słowami: "Ach dzień dobry sąsiedzie. Też chcecie zobaczyć jak nasza słupska wiedźma będzie pieczona?" W odpowiedzi często słychać było: "Ależ owszem sąsiedzie. Chciałbym trochę popiołu po jej spaleniu dostać, bo ponoć jest to świetne lekarstwo na łamanie w kościach."

Chwilę później na miejsce kaźni została sprowadzona również Trina Papisten. Na wozie drabiniastym, na wiązce słomy siedziała Trina wraz z katem. Ręce kobiety były związane na karku. Sędziowie jechali za nimi mniejszym wozem. Wóz z Triną był strzeżony przez dziesięciu ludzi uzbrojonych w widły. Oni czuwali również nad tym żeby gawiedź nie zbliżała się zbytnio do skazanej.

Większość ludzi wcale nie litowała się nad biedną Triną. Wciąż było słychać głupie docinki i złośliwe dowcipy. Sznurami wciągnięto wiedźmę na szubienicę, przy której zbudowano z polan stos. Po prawej stronie, w stosie, postawiono dość duży pień. Do tego pnia przywiązano Trinę. Zaraz po tym jak sędzia potępił działania Triny kat podłożył ogień pod stos. Ze względu na to, że drewno było wilgotne stos rozpalał się powoli. Dzięki temu nad stosem unosił się gęsty dym, co było zbawieniem dla udręczonej kobiety. Trina udusiła się w gęstym dymie i, gdy pierwsze języki ognia sięgnęły jej ciała, już była martwa i niczego nie czuła.

I tak właśnie zginęła Trina, ponieważ głupi i zawistni sąsiedzi oskarżyli ją o czary. W domu natomiast jej mąż i dzieci płakali po niej bardzo mocno i długo, tak bardzo, że prawie stracili wzrok.

 
Szukaj
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego